Idę
ulicą, chłopaki z osiedla się na mnie patrzą, trochę
inaczej niż zwykle. Nie wiem, czy to nie za duże słowo, ale może
są dumni. Już wcześniej na Bródnie byłem popularny. Ludzie
cieszyli się, że gość z ich bloku - a blok mam spory - gra w
piłkę, w dodatku w Legii. I do tego kręci Włochami, jak kolegami
z podwórka! Z moim przyjściem do Legii było tak, że w zasadzie
już miałem przygotowane wszystko z Polonią. Grałbym na
Konwiktorskiej, choć kibicowałem Legii. No, ale skoro zgłosiła
się Legia, to decyzja mogła być tylko jedna - idę! Zawsze
byłem kibicem tego klubu. Chodziłem na mecze jeszcze, gdy
mieszkałem na Woli, gdy nie miałem 11 lat. Tata razem z kolegami
szedł na stadion, to i ja się gdzieś tam pałętałem. A potem
to już były wycieczki z Bródna, wesołym autobusem. Takim
wesołym, w którym często się coś psuje, coś wypada. Ja też
nim jeździłem, też czasami coś psułem. Taki byłem -
zwyczajny.
Gdy zgłosił się pan Olędzki, to już wiedziałem, że w Legii
będę grał. Wprawdzie czekał mnie jeszcze decydujący test -
mecz sparingowy sprawdzanych zawodników kontra Legia - ale
wiedziałem, że go zdam celująco. Nawet opiłem ten sukces!
Dzień przed meczem zorganizowaliśmy z dwoma kolegami małą
imprezkę i... wznieśliśmy toast za moją grę na
Łazienkowskiej. No to skoro już przyjąłem gratulacje, to jak
mogłem dać plamę? Nie mogłem! Nie dałem! Byłem w Legii!
Całe moje dzieciństwo było jednym wielkim dążeniem do gry na
Łazienkowskiej. Szybko wyszło na jaw, że skończyłem tylko
sześć klas szkoły podstawowej. Szkoła... komplikowała mi plany
treningowe. Miałem wybór - albo zostanę piłkarzem, albo
magistrem. Czasami tylko wpadałem na WF i pomagałem chłopakom
wygrać ważny mecz.
- Kowalczyk! - mówiła nauczycielka. - Nie ma! - odpowiadała klasa.
To było tak oczywiste, jak piątka z WF. W końcu już przestali
czytać moje nazwisko, a ja... raz na jakiś czas wpadałem. - On
jest! - poprawiała nauczycielkę klasa, gdy o mnie zapominano.
Byłem lubiany, choć nietypowy. Nikt jednak nie miał ze mną
problemów. Tyle tylko, że mnie nie było. Wiadomo - rano ciekawe
filmy w kinie, później treningi. Zawsze byłem najlepszy,
wygrywałem wszystkie turnieje i wiedziałem, że będę
piłkarzem. Gorąco miałem tylko raz w miesiącu, gdy były
wywiadówki. Zdarzało się oberwać sznurem od żelazka. No bo
rodzicie myśleli, że ja się normalnie uczę.
- Idę do szkoły! - krzyczałem na odchodnym, każdego ranka,
zarzucając plecak.
- Powodzenia! - żegnano mnie.
Raz była nawet taka sytuacja, że na trzy dni uciekłem z domu.
Pojechałem do... rodziny. - Cześć, rodzice mnie przysłali na
trzy dni - powiedziałem. A chodziło o to, że po wywiadówce
miałbym areszt domowy. Tymczasem Olimpia rozgrywała ważny mecz. No
i rodzice znaleźli mnie dopiero na murawie. Musiałem być
piłkarzem!
- Szkoła mi chleba nie da, tylko piłka! - powtarzałem.
- Przecież w piłce kasa jest za granicą - powtarzali mi koledzy.
- No właśnie! - odpowiadałem.
Moje Bródno to przyjaźnie na całe życie, osiedlowe walki, gra w
kapsle, piłkę i tenisa. Niczego nie żałuję. Że nie
zostałem magistrem? Znam magistrów, których za mądrych nie
uważam. Sam nigdy głąbem nie byłem. Z polskiego, matematyki czy
geografii byłem jednym z najlepszych w klasie. Potem tylko do tej
nauki zniechęciła mnie chemia i fizyka. No i raz powtarzałem
klasę, bo po przeprowadzce z Woli na Bródno nie mogłem się w
nowej szkole zaaklimatyzować. Nie to, co... w Legii! Ale o tym
następnym razem.

Powrót